W szpilkach na Polibudę

 

Akcja „Dziewczyny na Politechniki” co roku powoduje u mnie swego rodzaju rozdwojenie jaźni. Z jednej strony, serce boli, bo, już będąc dziewczyną po uniwersytecie, zdałam sobie sprawę, że wolałabym być dziewczyną po politechnice. Później moje życie potoczyło się inaczej i dziś jestem z niego zadowolona. Jednak samo hasło „Dziewczyny na Politechniki” zawsze powodowało, że wracało do mnie to nieznośne „A gdyby…?”. Z drugiej strony, dobrze, że ktoś pomyślał o tych wszystkich dziewczynach, które właśnie szukają swojej drogi i być może nie biorą pod uwagę studiów technicznych, a powinny.

Tym kimś była obecna szefowa Fundacji Edukacyjnej Perspektywy Bianka Siwińska. Kiedy w czasie studiów pojechała na stypendium do Berlina, nie mogła się nadziwić, że tego rodzaju akcje są tam na porządku dziennym. – Dni otwarte dla kobiet, mentoring… W Niemczech organizowały je nie uczelnie, a firmy. Mnie przyszło do głowy, że w Polsce dziewczyny stanowią niespełna jedną trzecią studentów uczelni technicznych i dlatego tam należy zacząć takie działania! – wspomina Bianka. Początki nie były trudne, choć na spotkaniu z rektorami organizatorkom akcji zdarzyło się usłyszeć: „Niech pani porozmawia z naszymi żonami”. Jednak większość z nich podeszła do problemu ze zrozumieniem, nawet niekoniecznie dlatego, że odkryli w sobie feministów: – To były czasy, kiedy politechniki w ogóle miały problem z naborem. Maturzyści wybierali prawo, ekonomię, psychologię, a kierunki techniczne wydawały im się mniej przyszłościowe. Dlatego wiele uczelni uznało naszą akcję za sposób na reklamę i przyciągnięcie tak kandydatek, jak i kandydatów. – mówi Bianka Siwińska.

Przez lata flagowym wydarzeniem akcji był Dzień Otwarty dla Dziewczyn na uczelniach technicznych. Na ogół było to kilka godzin warsztatów i wykładów, które miały zachęcić maturzystki do wyboru takich studiów. Organizacje studenckie i koła naukowe wystawiały swoje standy na korytarzach. – Organizację wydarzeń adresowanych do dziewczyn zostawialiśmy zawsze samym uczelniom. – mówi Bianka. – One najlepiej wiedzą, w jaki sposób chcą się promować. Od początku plan był taki, żeby to było wydarzenie poważnie prokobiece, ale z przymrużeniem oka. To „przymrużenie” było rozumiane różnie, jedno z wydarzeń było nawet szeroko i niekoniecznie pozytywnie komentowane przez feministki. Otóż kandydatki na studia miały wydrukować sobie parę szpilek na drukarce 3D. Poszło właśnie o to, że niby pokazuje się dziewczynom, że mogą „wymiatać” w naukach ścisłych, a z drugiej strony – utrwala się stereotypowy wizerunek kobiety w szpilkach. – Mnie się te szpilki podobały. Dziewczyny, które biorą udział w akcji, często mają w głowie stereotyp kobiety-inżynierki jako chłopczycy, a przecież takiej reguły nie ma. – mówi Bianka Siwińska. – Bardziej zżymałam się przy spotach, które reklamowały któryś Dzień Otwarty. Dziewczyny robiły na nich „dzióbki” i przybierały pozy modelek. Miałam z tym problem, ale pomyślałam sobie: przecież to jest akcja dla wszystkich! Może takie „laski” obejrzą ten spot, zobaczą w nim siebie i dojdą do wniosku, że uczelnia techniczna to również opcja dla nich.

Dla kogo był tegoroczny Dzień Otwarty na Politechnice Warszawskiej? Wybrałam się, żeby to sprawdzić. W programie: tematy „bliskie kobietom”, czyli, jak w tym samym zdaniu wyjaśnili organizatorzy: „kuchnia” czy „kosmetyka”. Czyli nadal jest dość typowo, pomyślałam. Z drugiej strony, kosmetyków używam i gotować lubię, więc nie ma się co czepiać (swoją drogą, w dzisiejszych czasach ten sam zestaw mógłby być adresowany i do mężczyzn). Napotkane studentki chwaliły wykład Dariusza Aksamita „Kuchnia jako domowe laboratorium”, ja załapałam się dopiero na następny – profesor Teresy Zielińskiej o „flircie z robotami”, czyli o kilkudziesięciu latach fascynującej przygody z konstruowaniem i programowaniem robotów (jeśli komuś przyspieszył teraz puls, jak mnie wtedy – spokojnie, jestem umówiona z panią profesor na dłuższą rozmowę). Opowieści o konstruowaniu robotów, najpierw w nieco pionierskich warunkach przed trzydziestu laty, a później we współczesnych czasach gwałtownego rozwoju technologii, o podróżach po świecie i koordynowaniu prac nad robotami powstającymi w różnych krajach, niewątpliwie zrobiły wrażenie na przyszłych studentkach, choć każdy zaprzysięgły geek uznałby je za nieco zbyt ogólne. Pamiętajmy jednak, że to nie jest impreza dla osób o sprecyzowanych zainteresowaniach i planach edukacyjnych. Zresztą, taka myśl przyświecała właśnie wykładowi z robotyki: – Dziewczyny, które tu przychodzą, często chciałyby robić coś praktycznego, namacalnego. Roboty idealnie do tego pasują, bo nie są tylko teoretycznym konstruktem; w dzisiejszych czasach można je spotkać wszędzie! – powiedziała mi później profesor Zielińska. – Wykonują operacje chirurgiczne, pomagają ludziom w prowadzeniu domu, zostają środkami transportu – w końcu autonomiczne samochody to nic innego, jak roboty. Dlatego, jak mówi profesor, robotyka to nauka również dla tych, którzy pasjonują się innymi dziedzinami wiedzy, w tym humanistycznymi: – Wyzwań dla humanistów jest tu sporo, bo trwają prace nad robotem, który przypominałby człowieka. Do czego będzie można go używać, jak powinien się zachowywać, jak my powinniśmy się zachowywać w stosunku do niego – to są zagadnienia interdyscyplinarne. Nie ma takiej dziedziny wiedzy, która się tu nie przyda.

Na wykład z robotyki przyjechała specjalnie spod Warszawy Agata, jedna z zaczepionych przeze mnie licealistek. Przyznała, że myśli o studiach medycznych: – Ale rozejrzeć się i tak warto. Poza tym, wiele kierunków inżynierskich wykorzystuje się we współczesnej medycynie, choćby w chirurgii. Jej koleżanka Wiktoria przyznała, że ma „mętlik w głowie” po spotkaniu z dziewczynami z Koła Naukowego Inżynierii Chemicznej i Procesowej. Też myślała o medycynie, ale stwierdziła, że warto mieć „plan B”.

Wybrałam się więc do stoiska tego koła. Jak się szybko okazało, Ewa, Iza, Natala i Asia są właściwymi osobami na właściwym miejscu – potrafią nie tylko przedstawić swój kierunek jako „kobiecy”, ale też ich grupa realizuje ambitne projekty, które mogą działać na wyobraźnię kandydatów. Jedną z ich najważniejszych inicjatyw jest konferencja EYEC, na której młodzi naukowcy z różnych uczelni na świecie prezentują swoje badania. Pojawiają się też mentorzy, czyli znani naukowcy z różnych dziedzin: – EYEC nie jest ograniczony do inżynierii chemicznej. Pokazuje, jak bardzo interdyscyplinarna jest dzisiaj nauka. Przyjeżdżają ludzie z Niemiec, Rosji, Węgier, a nawet Japonii. Kiedy zaczynaliśmy siedem lat temu, na konferencji pojawiło się 20 osób. W tym roku było ich 120 – mówi Natalia. Asia dodaje, że inżyniera chemiczna, którą zajmują się akurat one, to kierunek przyszłości. Bo chodzi o najgorętszy chyba w gospodarce trend optymalizacji procesów, tyle że tym razem chemicznych: – Kiedy otrzymujesz jakąś substancję w probówce, używasz wszystkiego w małych ilościach i nawet nie myślisz o efektywności procesu. A co, kiedy masz jej otrzymać kilka ton? – tak tłumaczy, czym zajmują się na swoim kierunku studiów. Dziewczyny dodają, że na swoim wydziale mają dostęp do autentycznych maszyn przemysłowych, wykorzystywanych w zakładach, które zajmują się wytwarzaniem chemikaliów i jedzenia, utylizacją odpadów czy odpylaniem.

Politechika słynie z niezłego zaplecza sprzętowego, ale najwyraźniej brakuje go nieco na kierunku lotnictwo. Dlatego Koło Naukowe Lotników z Wydziału Mechanicznego Energetyki Lotnictwa samo konstruuje symulatory lotów i uczy się latania na nich. – Nasz kierunek jest czysto teoretyczny, więc postawiliśmy na dwa kierunki rozwoju. Po pierwsze, sami budujemy symulatory. Po drugie, współpracujemy przy organizacji szkoleń szybowcowych w aeroklubach, zresztą dwoje członków naszego koła weszło w tym roku do kadry narodowej juniorów. To dziewczyna i chłopak. – tłumaczy Janek, który na stoisku Koła prezentuje wraz z kolegami dwa symulatory wzorowane na wycofanych z produkcji Ceśnie i szybowcu. Kiedy do nich podchodzę, jest tam nieco więcej chłopców (przed którymi nikt tego dnia Politechniki nie zamyka), ale chwilę później za sterami zasiada dziewczyna. – Mniej więcej jedna trzecia studentów MEiL to kobiety. Chcemy, żeby było ich więcej. – wyjaśnia Janek. Na jego kierunku jest też miejsce dla miłośników nowoczesnych technologii: na specjalizacji „Automatyka i systemy lotnicze” tworzy się właśnie systemy, co wymaga wiedzy tak z zakresu lotnictwa, jak i informatyki.

Byłam też na wystąpieniu Karoliny Marzantowicz z IBM, która opowiadała o koleżankach z firmy. Najkrócej mówiąc, był to wykład o tym, że dziewczyny z IT też chodzą na zajęcia baletu, organizują wieczory panieńskie i mają dzieci. Z całą sympatią dla Karoliny, z którą potem rozmawiałam (mimo próśb, jej firma do tej pory nie autoryzowała jej wypowiedzi, więc nie mogę ich opublikować), nie wiem, czy przekonywanie kandydatek na studia, że informatyczki to też „normalne kobiety” to właściwa ścieżka. Bo nie wiem, czy rzeczywiście jest tak, że te dziewczyny mają w głowie stereotypowego inżyniera w swetrze, oczywiście faceta, i to je blokuje przed podjęciem studiów technicznych. Myślę, że większym problemem jest brak ukierunkowania: licealistki, które spotkałam na Dniu Otwartym, wahały się między kierunkami tak różnymi, jak medycyna i robotyka albo inżynieria chemiczna i architektura. Może za dużo uwagi poświęcamy przekonywaniu dziewczyn o kobiecości i seksapilu studiów technicznych, a za mało pokazujemy im (i pewnie chłopakom też), że mogą osiągnąć wszystko, co zechcą, i że przy wyborze kierunku powinny myśleć przede wszystkim o swoich zainteresowaniach i mocnych stronach.

Dobrze ujęła to Bianka Siwińska, odpowiadając na moje pytanie, czy rzeczywiście dziewczyny mają obawy przed podjęciem studiów inżynierskich dlatego, że to jest „mało kobiece” i „nie dla nich”: – Wielu dziewczynom się wydaje, że na kierunki techniczne mogą iść tylko prawdziwi geniusze, że ktoś przeciętny albo o bardziej humanistycznym zacięciu nie ma szans. Takich obaw nie mają zwykle chłopcy, może dlatego, że ich od małego się z tymi tematami oswaja. Dlatego również dziewczynom warto pokazać studia inżynierskie jako coś dla każdego, o ile dana dziedzina wiedzy go zwyczajnie interesuje. Najlepszym przykładem jest właśnie Karolina Marzantowicz, która maturę pisała z… łaciny. Potem się okazało, że znajomość języka martwego ułatwia naukę języków programowania.

Dlatego też Fundacja Edukacyjna Perspektywy startuje z nowymi projektami, które mają pomóc kobietom w doprecyzowaniu swoich zainteresowań. Właśnie ruszył nabór do pierwszego w Polsce programu mentoringowego Lean in STEM, w ramach którego dziewczyny mogą pracować i rozwijać się pod kierunkiem kobiet z branży, np. włączając się w konkretne projekty w ich firmach. Aplikować można m.in. do Agnieszki Hryniewicz-Bieniek (Country Director, Google Polska), Krystyny Boczkowskiej (prezeska Siemensa), Aleksandry Pirek (Testing Team Leader, CERI International) czy Julii Krzysztofiak-Szopy (prezeska Fundacji Startup Poland).

Z mentoringu można też skorzystać w ramach programu IT for SHE, adresowanego już konkretnie do kobiet zainteresowanych karierą w IT. Mogą nie tylko szkolić się pod okiem ekspertów z Ericssona, Roche czy Goldman Sachs, ale też spotkać się i „policzyć” na obozie technologicznym Tech Camp dla najzdolniejszych studentek informatyki. To również okazja do skorzystania ze wsparcia mentorów i udziału z zajęciach z programowania. Ale chodzi też o stworzenie sieci kontaktów: – Wielu z tych dziewczyn trzeba pokazać, że jest ich dużo i razem stanowią siłę, która może coś zdziałać. – podsumowuje Bianka Siwińska. – Mowa przede wszystkim o dziewczynach z mniejszych miast czy wsi, w otoczeniu których nikt nie zajmuje się informatyką, nowymi technologiami czy start-upami, nie ma „karotek” i innych inicjatyw dla kobiet w IT. Kiedy trafiają na Tech Camp, widzą, że mają z kim wymienić doświadczenia, popracować nad projektami, które je interesują – i przestaje im się wydawać, że wymarzyły sobie coś nieosiągalnego albo tylko dla geniuszy.

Komentarze

Karolina Wasielewska

Pracuję w radiu i od czasu do czasu w prasie. Lubię: jesień, książki Lema, sporty przeróżne, koty, niespieszne pichcenie w wolne dni, czerwone wino, wesołe miasteczka, historie o superbohaterach, czasami Beastie Boys, a czasami Dianę Krall. Nie lubię: upałów, agresji, gotowania w pośpiechu i wielu innych rzeczy, których nie lubię, więc nie chcę nawet o nich pisać.