Startup – trudny start dla 40+?

 

źródło: shoptrotter.com

Kim jest stereotypowy właściciel startupu? To góra 25-letni informatyk. Właśnie skończył studia albo jeszcze jest w trakcie studiów, więc między jedną a drugą imprezą niezobowiązująco rozwija swój pomysł na biznes, aż w końcu spotyka inwestora, który pakuje w jego firmę miliony. Tak był pokazany choćby Sean Parker, współtwórca Napstera w „Social Network” Davida Finchera (czy, w tym samym filmie, Mark Zuckerberg po pierwszych sukcesach Facebooka).

Taki ktoś może oddać się swojej firmie „duszą i ciałem”. A co z tymi, dla których startup to kolejny pomysł na życie? Czy w ramach okrzyczanej aktywizacji osób 40+ zachęca się je do zakładania startupów? Nie. Co nie oznacza, że szefów startupów w tym wieku nie ma. Problem w tym, że system wspierania młodych firm jest zorientowany właśnie na Seana Parkera i jego kolegów. Brak koleżanek w tym zdaniu nie jest przypadkowy.

Bogumiła Sobiczewska, założycielka aplikacji mobilnej ShopTrotter, ma ponad czterdzieści lat. Po dwóch urlopach macierzyńskich nie chciała już pracować na cudze konto i zaczęła myśleć o własnym biznesie: – Zainspirowało mnie nasze życie, bo, zanim dzieciaki poszły do szkoły, dużo podróżowaliśmy. A w czasie wyjazdów prędzej czy później robi się zakupy. Wiele osób szuka butików z unikatowymi ubraniami czy gadżetami, których nie dostaną w sieciówkach. Takich autorskich sklepów raczej nie ma na high street. Nasza aplikacja ma doprowadzić do nich klientów. – opowiada o pomyśle na ShopTrottera. Miała ogromne wątpliwości, bo jest po polonistyce i nigdy nie miała kontaktu z branżą technologiczną. W końcu ośmielił ją brat: „Zrób to! Przecież wszystko, czego nie potrafisz, możesz komuś zlecić”. Tylko że na to potrzeba pieniędzy. Tu wsparł ją mąż-biznesmen, który z kolei powiedział: „Nigdzie się tego nie nauczysz, jeśli nie założysz własnej firmy. To najdroższa, ale też najlepsza szkoła”.

Bogumiła Sobiczewska (źródło: shoptrotter.com)

Dziś ShopTrotter ma na rynku aplikację mobilną na dwie platformy (Android i iOS) oraz pierwszych klientów. I właśnie teraz Bogusia odczuwa na własnej skórze, jak to jest nie być stereotypowym szefem start-upu: – Nie narzekam na brak zainteresowania tak inwestorów, jak i klientów naszą aplikacją. Jednak akceleracja mogłaby wspomóc przeskoczenie kilku poziomów rozwoju firmy w krótkim czasie. Zaczęła się więc rozglądać za programem akceleracyjnym (to coś w rodzaju „studiów”, a zarazem praktycznych staży dla startupowców; organizują je często duże firmy technologiczne czy huby wspierające rozwój młodych firm z tej branży, gotowe podzielić się z nimi swoim know-how, a nawet kontaktami) – Z opisu to wygląda szalenie atrakcyjnie: dwa miesiące w Berlinie czy Paryżu, no i autentyczny hit: cztery miesiące w Seulu! W programie: spotkania z chińskimi inwestorami. Kto nie chciałby pozyskać tam klienta? – pyta Bogusia, która próbuje wejść ze swoim biznesem na azjatycki rynek, ale od wielu specjalistów usłyszała już: zapomnij, jeśli nie masz co-foundera albo zaufanego partnera w Chinach, Korei lub Japonii. Ten program dawałby jej na to szansę, ale… – Jest jeden problem. Nie zostawię na kilka miesięcy trójki moich dzieci.

Bogusia ma dwóch nastoletnich synów i sześcioletnią córkę, z którą przyjechała w interesach do Warszawy. – Zabrałam ją ze sobą, bo dużo ostatnio wyjeżdżam i po prostu widziałam, że brakuje jej mojej obecności. Zresztą chłopakom też, choć są na tyle duzi, że mogłabym spokojnie zostawić ich na kilka miesięcy z ojcem. Tylko że ja nie chcę! – mówi stanowczo Bogusia. To jej wybór, żeby zarówno prowadzić biznes, jak i mieć normalne życie rodzinne. Wybór, do którego każdy powinien mieć prawo, i w dzisiejszych czasach rozumie to coraz więcej pracodawców.  – Tymczasem wydaje się, że firmy organizujące programy akceleracyjne ciągle trzymają się takiej wizji, że skoro masz startup, poświęcisz dla niego wszystko. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby taki program był tak intensywny, jak tylko się da, ale trwał dwa tygodnie. Takie też są, ale jest ich zdecydowanie mniej. Na „błyskawiczny”, bo właśnie dwutygodniowy Blackbox Connect w Dolinie Krzemowej, Bogusia aplikowała, ale się nie dostała (przegrała rywalizację z inną Polką, choć na kolejnych etapach rekrutacji miały podobne wyniki; jednak z danego kraju mogła pojechać tylko jedna firma).

Wiadomo, że start-upy po akceleracji mają większe szanse na przyciągnięcie dużych inwestorów. Bogusi zdarzały się takie propozycje, ale wszystkie zmierzały do zarobienia na jej projekcie „łatwych pieniędzy”. Tymczasem ShopTrotter ma pozostać elitarny w dobrym tego słowa znaczeniu: pokazywać nietuzinkowe sklepy, a nie sklepy, które zapłacą za bycie pokazanymi.  – Na początku naszej działalności pojechałam na Web Summit do Dublina. Tam zaczepił nas inwestor z Polski, związany z dużym funduszem, który powiedział: „Zróbcie pięć tysięcy złotych obrotu księgowego miesięcznie i wchodzimy w to, inwestycja rzędu miliona euro nie jest dla nas problemem”. – wspomina Bogusia. – Można by było to zrobić, uderzając do wszystkich klientów, do jakich się da, angażując znajomych w „klikanie” itd. Tylko że wtedy ShopTrotter wykonałby ryzykowny na tym etapie skok na głęboką wodę: – Zamiast skupić się na faktycznym testowaniu modelu biznesowego, musiałby udowadniać założenia, które wymagały jeszcze przemyślenia.

Trudno dziwić się inwestorom, że chcą szybkich zysków. I trudno dziwić się start-upom, które korzystają z takich propozycji. Tym bardziej, że od młodej firmy, która chce się promować nie tylko przez social media, oczekuje się niebagatelnych nakładów finansowych. Bogusia wygrała wieloetapowy konkurs, w którym nagrodą był stand na jeden dzień na Web Summit. Jak się później okazało, za bilety (obowiązkowo dla czterech osób, choć ShopTrotter nie miał wtedy nawet tylu pracowników) czy noclegi i tak trzeba było zapłacić, a laureatów konkursu i tym samym szczęśliwych posiadaczy standów były… dwa tysiące!

Czy wszyscy młodzi przedsiębiorcy są skazani na pracę non stop i rezygnację z idealizmu na rzecz bardzo im potrzebnej gotówki? Przykład ShopTrottera pokazuje, że niekoniecznie. Na razie aplikacja oprowadza nas po sklepach w Londynie, ale w kolejce ustawiły się już 84 miasta chętne do współpracy. Bogusia testuje w tej chwili cztery agencje oferujące nowoczesne możliwości sprzedaży i marketingu, np. z wykorzystaniem beaconów. Zgłosiły się do niej, bo, jak same twierdziły, miały fantastyczne narzędzia back-endowe, ale nie były w stanie znaleźć żadnego projektu wystarczająco „sexy” od frontu, żeby je na nim wypróbować. ShopTrotter współpracuje też z firmami działającymi w obszarze analizy danych: – Kiedy pytaliśmy właścicieli butików, jak się promują, najczęściej mówili, że przez media społecznościowe. Czy organizowali kampanie? Nie, co najwyżej promowali posty. Nawet nie mieli pojęcia, kim jest ich odbiorca! Dzięki analizie danych, którą zlecą nam, będą mogli skierować swoją ofertę do konkretnej grupy i znaleźć sposoby promocji dostosowane do jej potrzeb. – tłumaczy Bogusia.

Udało jej się też nawiązać ważne kontakty w branży. Ostatnio robiła warsztaty z wykorzystania nowatorskich rozwiązań technologicznych w marketingu stacjonarnych butików dla retailerów w Londynie. Pomieszczenia za darmo zapewnił jej Tech Hub, którego jest członkinią; resztę musiała „wychodzić” sama. Udało jej się zaprosić Pię Stanchinę, współzałożycielkę firmy Glossybox (sprzedaje luksusowe kosmetyki w pudełkach, które co miesiąc przychodzą pocztą do użytkowniczek), która opiekowała się też akceleracją dla startupów modowych w Google. Bogusi udało się również (po roku starań) spotkać z twórczynią portalu net-a-porter, Natalie Massenet, którą poprosiła o mentoring. A zaczęło się od wymiany „polubień” na The NET SET, czyli społecznościowej wariacji net-a-porter. Później był nieśmiały mail Bogusi z propozycją spotkania.

To prawda, staram się być aktywna. – podsumowuje założycielka ShopTrottera. Ciągle jednak frustruje ją brak programów akceleracyjnych dostosowanych do potrzeb i możliwości czasowych kobiet po 40. Owszem, wie, że usłyszy: „Przecież są webinary”, ale nauka w sieci, przy dzieciach i własnym biznesie, w którym mentalnie jest się 24 godziny na dobę, to nie dla niej. – Chciałabym, żeby kobiety w podobnej sytuacji policzyły się i zaczęły działać. Możemy być grupą nacisku, tylko że na razie nikt nie wie o nas i naszych potrzebach. – mówi zdecydowanie Bogusia. Co Wy na to, dziewczyny?

Komentarze

Karolina Wasielewska

Pracuję w radiu i od czasu do czasu w prasie. Lubię: jesień, książki Lema, sporty przeróżne, koty, niespieszne pichcenie w wolne dni, czerwone wino, wesołe miasteczka, historie o superbohaterach, czasami Beastie Boys, a czasami Dianę Krall. Nie lubię: upałów, agresji, gotowania w pośpiechu i wielu innych rzeczy, których nie lubię, więc nie chcę nawet o nich pisać.