Pionierki. Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, cz. 1

Ewa Jezierska-Ziemkiewicz odbiera Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej, 12.01.2016 r.

(fot. Ambasada RP w Paryżu)

Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz była nastolatką o nietypowych pasjach. Po pierwsze, od małego trenowała gimnastykę sportową („Całkiem poważnie planowałam karierę w cyrku”), po drugie – fascynowała ją elektronika. A dokładniej – konstrukcja urządzeń elektronicznych: – W domu rozebrałam i złożyłam z powrotem radio, bo chciałam wiedzieć, jak działa. – wspomina. To i niezłe wyniki z przedmiotów ścisłych zdecydowało, że zdecydowała się studiować łączność na Politechnice Warszawskiej. Inaczej niż na uniwersytetach, gdzie kierunki związane z późniejszą informatyką wybierało wiele kobiet (programistki z tamtych czasów, jak już wspominałam w innych tekstach, rekrutowały się spośród studentek nowej specjalizacji na matematyce – „Maszyny matematyczne” – na której uczono podstaw logiki algorytmicznej), tu na roku były dwie dziewczyny. Elżbieta twierdzi, że do tej pory ma kontakt z jedyną koleżanką ze studiów.

Pod koniec trzeciego roku wybiera specjalność – właśnie „Maszyny matematyczne”, tyle że na politechnikach oznaczało to bardziej naukę konstruowania maszyn liczących, później zwanych komputerami. – Oczywiście, nie dało się tego całkiem oddzielić od programowania. – zastrzega Elżbieta. – Konstruktorzy, składając maszynę w całość, musieli mieć opanowane podstawy działania systemu, żeby wiedzieć, czemu służą poszczególne części i połączenia między nimi. Studenci na jej specjalizacji uczyli się tego najbardziej praktycznie, jak się da: brali udział w projekcie prof. Antoniego Kilińskiego, dyrektora Zakładu Konstrukcji Telekomunikacyjnych i Radiofonii na Wydziale Łączności PW, który – „w warunkach rzemieślniczych”, jak podkreśla ze śmiechem Elżbieta – budował wtedy swój pierwszy i jeden z pierwszych w Polsce komputer. Prace nad prototypem lampowej maszyny UMC-1 (nazwa była skrótowcem od „Uniwersalna Maszyna Cyfrowa”) zakończyły się w 1960 r. – Nie tylko nam to wyszło i działało, ale jeszcze trafiło do seryjnej produkcji w Elwro. – mówi Elżbieta. Wrocławskie zakłady wyprodukowały 25 sztuk UMC-1. Jedna została sprzedana na Węgry.

Studenci opracowywali projekty części na zajęciach i w domach. Później, w hali dawnego zakładu produkcyjnego w Alejach Jerozolimskich, konstruowali na ich podstawie części maszyny. Oceniali je prof. Kiliński i jego asystenci. – Wszystko robiliśmy od zera. To były czasy, gdy dopiero zaczynała się produkcja tranzystorów. A to z nich budowaliśmy „klocki”, które później posłużyły do konstrukcji komputera. – tłumaczy Elżbieta, która od początku skupiła się na procesorach. To nimi zajmowała się w swojej późniejszej działalności inżynierskiej w Instytucie Maszyn Matematycznych. Zaczęła tam pracować jeszcze przed dyplomem.

Choć była pierwszą osobą w naszym kraju, która wyspecjalizowała się w procesorach, długo nie miała poczucia, że jest częścią ważnego przełomu technologicznego: – Ja się po prostu bardzo spieszyłam! Wiedziałam, że musimy gonić resztę świata, gdzie już podobne projekty powstały. – wyjaśnia ze śmiechem. Pierwszym projektem w IMM, przy którym pracowała, był ZAM-41 (1964-’65). Uczestniczyła w projektowaniu procesora, a już indywidualnie – stworzyła projekt arytmometru zmiennoprzecinkowego (tej części procesora, która odpowiada za operacje arytmetyczne – dodawanie, odejmowanie, dzielenie i mnożenie w systemie binarnym).

Kiedy zamknięto projekt ZAM, rozpoczęła się współpraca IMM z wrocławskimi zakładami Elwro. Podział zadań nie był może do końca sprecyzowany, ale z grubsza wyglądało to tak, że Warszawa miała tworzyć prototypy, a Wrocław – wdrażać je do seryjnej produkcji. Przy czym niewiele dało się w tamtych czasach zaplanować: – O wszystkim decydowano „z góry”. Każdy ważny projekt, w którym brałam udział, trwał trzy lata, a potem był zamykany, choć z punktu widzenia rynku i rozwoju technologii nie było to zawsze uzasadnione. – wspomina Elżbieta. Dlatego brała udział w pracach nad pierwszymi Odrami, które władze przestały wspierać w 1970 r. Państwa Układu Warszawskiego ustaliły wtedy, że wspólnie rozpoczną produkcję maszyn RIAD, których konstrukcja i system operacyjny były „klonami” rozwiązań przyjętych w amerykańskim IBM 360.

Dla Elżbiety to był trudny moment: – Chciałam tworzyć autorskie rozwiązania. Nie wystarczało mi kopiowanie dobrych pomysłów innych. Co ciekawe, podobnie początki projektu RIAD wspominają moje rozmówczynie, które pracowały wtedy w Elwro, gdzie maszyna była produkowana. Powstające wcześniej we Wrocławiu Odry traktowały niemal po matczynemu – i nic dziwnego, skoro przez cały czas kierownictwo zakładu wraz z władzami PRL utwierdzało je w przekonaniu, że oto „zmieniają świat”. Po czym bez słowa wyjaśnienia wyrzuciło ich pomysły na śmietnik. Okazało się zresztą, że nie wszystkie amerykańskie patenty udało się z sukcesem przeszczepić na polski grunt: wiele inżynierek i programistek, które brały udział w projekcie RIAD, wspomina go jako maszynę powolną, „przekombinowaną” i mniej intuicyjną, niż Odra. Sentymentu nie ma do niego również Elżbieta, która współtworzyła jego arytmometr. – Doszliśmy do wniosku z Andrzejem (obecnym mężem), że już nie mamy ochoty brać udziału w tym „klonowaniu”. Planowaliśmy zostawić maszyny i zrobić doktoraty. Nie udało się!

Dlaczego? Za sprawą niejakiego Jacka Karpińskiego i jego mikrokomputera K-202. Zanim jednak Elżbieta dołączyła do jednego z najbardziej innowacyjnych w tamtym czasie projektów informatycznych, rewolucję przeżyła też w życiu osobistym. Pierwszego męża, po którym nosi nazwisko Jezierska, poznała w chórze ZHP Władysława Skoraczewskiego (musiała być dość zajętą studentką, skoro chodziła jeszcze na zajęcia zespołu tanecznego Politechniki. Nabyte tam umiejętności przydadzą jej się w czasie internowania w latach 80., o czym później). Jednak z Andrzejem zbliżyła ją wspólna praca przy projektach w IMM. Kryzys zawodowy, który dopadł ich oboje w trakcie pracy nad RIAD-em, spowodował, że zdecydowali się nie tylko na radykalne zmiany w życiu zawodowym. Oboje wzięli rozwody. Krótko po ślubie pojechali na żagle, a gry wrócili – z propozycją pracy zwrócił się do nich Karpiński.

Elżbieta określa go jako „bardzo niepokorną postać”. Był elektronikiem i informatykiem, jednym z założycieli Polskiego Towarzystwa Informatycznego i projektantem pierwszego polskiego mikrokomputera K-202. Władze za nim nie przepadały: był żołnierzem Szarych Szeregów w Batalionie Zośka, brał udział w powstaniu warszawskim (dopiero w 2009 r.  odznaczono go Krzyżem Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, a rok później, pośmiertnie – Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski). Był szykanowany. Zadanie kierowania projektem K-202 dostał tylko dzięki naciskom Brytyjczyków. Sam wyszedł do nich z propozycją, że zaprojektuje mikrokomputer, który oni będą sprzedawali. Polska współpracowała wówczas z Wielką Brytanią przy produkcji komputerów, m.in. kupowała produkowane tam części. Zakład MERA, gdzie powstawały K-202, był polsko-brytyjskim joint venture: – W końcu mogliśmy robić coś od podstaw! W dodatku korzystaliśmy z części najnowszej generacji, bo w Wielkiej Brytanii powstawały wtedy najlepsze „klocki Lego” do konstrukcji komputerów. Pracowaliśmy dniem i nocą, bo nasz projekt miał być pokazany na londyńskiej wystawie technologicznej w Centrum Olympia. Na jego realizację mieliśmy kilka miesięcy. Nie miałam już nawet czasu na zespół taneczny, ale kochaliśmy to!  – opowiada Elżbieta. W pewnym momencie się pochorowała. Karpiński przyjechał do niej z butelką whisky i słoikiem miodu. – Dał mi jedną noc, żebym wyzdrowiała.

Zżyła się także z ludźmi, których poznała przy pracy nad K-202. Do tej pory ich odwiedza, gdy przyjeżdżają z mężem do Polski. Wieloletnia przyjaźń łączyła ją też z genialną programistką, nie żyjącą już Teresą Pajkowską, autorką oprogramowania do wszystkich komputerów Karpińskiego i wielu prototypów powstających na Politechnice Warszawskiej.

Projekt mikrokomputera był o tyle ważny, że już w początkach polskiej informatyki jednym z największych wyzwań była miniaturyzacja. – Wszyscy wiemy, że pierwsze komputery były ogromne. Później, gdy udało się je trochę zmniejszyć, nadal mnóstwo miejsca zajmowały urządzenia, które się do nich podłączało. Drukarka wyglądała jak czołg! – wspomina Elżbieta. Kiedy projektowała swój pierwszy arytmometr, dostała polecenie, by miał konkretny wymiar, ale – z dostępnych wtedy części i przy ówczesnych rozwiązaniach technicznych – najmniejszy, jaki udało jej się stworzyć, był wciąż dwa razy większy od zleconego!

K-202 nie tylko wykorzystywał supernowoczesne, jak na tamte czasy, rozwiązania technologiczne, ale też miał wymiary zbliżone do późniejszego peceta. W Londynie, gdzie z Karpińskim prezentował go Andrzej Ziemkiewicz – stał się sensacją: – Mieszkaliśmy wtedy w szesnastometrowym mieszkaniu z córeczką, którą dopiero co urodziłam. Nie było miejsca, żeby świętować w domu, więc, kiedy dostaliśmy informację z Londynu, że wszystko działa, wpadli do mnie znajomi z zespołu i robiliśmy orły na śniegu na podwórku! – mówi Elżbieta. Niestety, radość trwała dokładnie miesiąc. Chwilę po powrocie obu inżynierów z Londynu, K-202 dotknęło wspomniane już „przekleństwo trzech lat”. Karpiński został odsunięty od kierowania Zakładem Mikrokomputerów przy przedsiębiorstwie MERA, oficjalnie z powodu konfliktu z Brytyjczykami. Na taśmach było w tym momencie 200 niedokończonych maszyn. Mimo to produkcja z dnia na dzień została zawieszona! Andrzej nie wytrzymał i złożył wymówienie: – Trafił na „czarną listę” i przez osiem miesięcy nie mógł znaleźć pracy. Kiedy przyszli do mnie znajomi z zespołu z propozycją konstruowania kolejnego komputera w oparciu o projekt K-202, długo biłam się z myślami. W końcu zmusiła mnie do tego sytuacja. Musieliśmy za coś żyć. – wspomina Elżbieta.

Tak stanęła na czele ekipy, która skonstruowała komputer Mera 400.

(ciąg dalszy w piątek 8.12.2017 r.)

Komentarze

Karolina Wasielewska

Pracuję w radiu i od czasu do czasu w prasie. Lubię: jesień, książki Lema, sporty przeróżne, koty, niespieszne pichcenie w wolne dni, czerwone wino, wesołe miasteczka, historie o superbohaterach, czasami Beastie Boys, a czasami Dianę Krall. Nie lubię: upałów, agresji, gotowania w pośpiechu i wielu innych rzeczy, których nie lubię, więc nie chcę nawet o nich pisać.