Geek Girls 90210

www.redvelvetupdates.com

Na koreański serial „Game Development Girls” natknęłam się przez przypadek, szukając w sieci informacji o wydanej w zeszłym roku książce o wpływowych kobietach w game devie (znalazłam, ale o tym innym razem). Zaczęłam oglądać bez przekonania, bo kogoś z moim numerem PESEL raczej trudno zainteresować kulturą dla nastolatków. Tym bardziej, że producentem była popularna platforma VOD, a jedną z bohaterek grała gwiazda popularnego k-popowego girlsbandu. Spodziewałam się docu soap o młodych gniewnych, które uprawiają seks, z kim popadnie, biorą dopalacze i wstrzykują sobie botoks (tak, widziałam trzy odcinki „Ukrytej Prawdy”). No i się rozczarowałam. Na szczęście!

Serial wyprodukowała koreańska NAVER TV Cast – własność koncernu NAVER. Wypłynął dzięki platformie, na której udostępniał gry. Może przez ten gamingowy rodowód nie przestraszył się pomysłu na serial, którego bohaterki to dziewczyny zatrudnione w małej firmie produkującej gry na urządzenia mobilne – team liderka, designerka i programistka. I choć kilkuminutowe odcinki mają lekki, komediowy charakter, „GDG” nie jest cukierkową opowieścią o tym, jak wdzięczną branżą jest game dev. To raczej historia o trudnych początkach: firma istnieje od dwóch lat i pracowała w tym czasie nad kilkoma projektami, ale żadnego nie wypuściła na rynek. Mimo to młodzi bohaterowie (w zespole na początku jest jeden chłopak, później dołącza drugi) siedzą w pracy po nocach, a kiedy mają wolny weekend, nie wiedzą, co z nim zrobić (Czytałam kiedyś mangę „Suppli” o pracownikach agencji reklamowej w Japonii, dla których nie wychodzenie z roboty przez trzy dni z rzędu było normą, i naiwnie myślałam, że to dlatego, że akcja toczy się w latach 90. Najwyraźniej w dalekowschodniej etyce pracy zmieniło się niewiele). Jednak cierpiętnictwa i frustracji jest tu niewiele, bo wygląda na to, że zapamiętałe fanki gier i tak nigdzie nie czują się tak dobrze, jak u siebie w firmie. Inaczej nie wpadałyby do niej w środku nocy, żeby pograć w LoL-a z koleżankami.

Mocną stroną „GDG” jest to, że dziewczyny, które kochają RPG, fachowym językiem rozmawiają o rodzajach broni, jakimi może się posłużyć bohater gry, i wymyślają krwawe fatalities na pojedynek z ostatnim bossem, nie są tu przedstawione jako dziwadła czy chlubne wyjątki w zdominowanej przez mężczyzn branży. Robią to, na czym znają się najlepiej, a przy tym pozostają nastolatkami: dużo żartują o seksie i marzą o prawdziwej miłości. Wokół tych tematów zbudowane są gagi, przy okazji których twórcy serialu bawią się stereotypami na temat geeków. Jedna z koleżanek mówi o programistce: „Kiedy zdejmie okulary, jest piękna, i oczywiście zapomina, jak się koduje”. Chłopak przed randką pyta kolegów z forum programistycznego, jak ma się ubrać, i pokazuje im zdjęcie swojej szafy, w której wiszą same koszule w kratę, po czym dostaje serię komentarzy: „Ej, to mogłaby być moja szafa”. Plus trochę humoru dla graczy. Jeden z bohaterów po rozmowie z dziewczyną, która mu się podoba, stwierdza: „To chyba sen”. Ona macha mu ręką na pożegnanie – i nagle wypuszcza wiązkę laserową z wnętrza dłoni.

Nie mogę powiedzieć, żeby wszystko mi się w „GDG” podobało, bo miejscami kuleje aktorstwo, a część gagów jest za mocno w stylistyce kawaii. Nazywanie przystojnego chłopaka „puddingiem”? Hmmm. Zresztą chłopców twórcy serii pokazali tak, jak pokazywało się dziewczyny w produkcjach tv starszej generacji: są delikatni, uważają quest-desingerskie pomysły swoich koleżanek za zbyt brutalne (w tej branży, serio?) i najwięcej uwagi poświęcają własnym rozterkom miłosnym. Może chodziło o zabawę stereotypowymi rolami męskimi i kobiecymi? Tylko że równouprawnienie – a mam podejrzenie, że o nie również w „GDG” chodzi – nie polega na jakichś podmiankach, tylko na tym, żebyśmy mogli być sobą bez względu na płeć! Jeśli scenarzysta chciał pokazać, że chłopcy też mają prawo być nieśmiali i nie lubić horrorów, moim zdaniem mógł to zrobić subtelniej.

Innych niedociągnięć dopatrzą się pewnie sami programiści, bo ich praca pokazywana jest często, ale dość przyczynkowo (wygląda na to, że bugi magicznym sposobem same pojawiają się na ekranie). Plus: bohaterowie często rozmawiają np. o grach mobilnych dostępnych tylko na koreańskim rynku. Trudno mieć jednak o to pretensje, bo „GDG” do innych części świata na większą skalę nie dotarł i chyba nie było takich planów.

Ale sam pomysł oceniam na plus. Po pierwsze, „GDG” pokazuje obecność kobiet w firmie technologicznej, podobnie jak ich zainteresowanie grami i programowaniem – jako coś normalnego. Po drugie, pozostaje przy tym dość typowym serialem o nastolatkach i dla nastolatków. Portretuje więc geeków nie jako przybyszów z obcej planety (przy całej sympatii dla „Teorii Wielkiego Podrywu”, w której stereotyp goni stereotyp, ale właśnie z tego się śmiejemy), ale jako ludzi z krwi i kości, którzy chcą być atrakcyjni seksualnie, zakochać się, sprawdzić się w pierwszej pracy. Towarzyszy temu typowa dla młodego wieku huśtawka nastrojów, od pewności siebie na pograniczu arogancji aż po nieśmiałość i lęk przed towarzyskim wykluczeniem.

Czy jest szansa na podobny serial w Polsce? Cóż, jeśli chodzi o geek girls w naszej kinematografii, przykłady można policzyć na palcach jednej ręki, a jedyna pozytywna postać w tym gronie to, moim zdaniem, córka głównej bohaterki „Dnia Kobiet”. Zbuntowana nastolatka nieoczekiwanie wręcza bezrobotnej matce bez grosza pieniądze, które zarobiła, „dokoksowując” i sprzedając postaci z gry. A poza tym… cóż. Hakerka Ćma z „Ekstradycji 3”, która z jakiegoś tajemniczego powodu używała Internet Explorera?

Zresztą, czy przypadkiem nie poprzewracało mi się w wiadomej części ciała, skoro domagam się filmów o game developerkach w kraju, gdzie idolami nastolatków są żołnierze wyklęci? Z drugiej strony, Korea Południowa nie jest światową stolicą obyczajowego postępu. Ciągle mocno trzyma się tam tradycja nakazująca kobietom pracować do momentu, aż wyjdą za mąż, a potem już tylko zajmować się domem. Młodzi Koreańczycy są jednak maniakami nowoczesnych technologii (co widać było choćby w tym odcinku „Kobiety na krańcu świata”) i może dlatego udało się tam wyprodukować zgrabny serialik o kobiecym teamie developerskim. A to, że pojawia się w nim fachowy język, świadczy również o ambicjach edukacyjnych: może chodziło o to, żeby zachęcić nastolatki do programowania? To mniej więcej tak, jakby u nas telenowelę o pracy w Scrumie zrobił TVN (i obsadził w niej Margaret czy Ewę Farnę). Może fani ambitnej rozrywki nie mieliby się czym zachwycać – ale branża IT wreszcie byłaby pokazana jako zwyczajna, „jedna z wielu” i atrakcyjna dla „zwykłego człowieka”.

Karolina Wasielewska

Pracuję w radiu i od czasu do czasu w prasie. Lubię: jesień, książki Lema, sporty przeróżne, koty, niespieszne pichcenie w wolne dni, czerwone wino, wesołe miasteczka, historie o superbohaterach, czasami Beastie Boys, a czasami Dianę Krall. Nie lubię: upałów, agresji, gotowania w pośpiechu i wielu innych rzeczy, których nie lubię, więc nie chcę nawet o nich pisać.