Puszką w kosmos

Ekipa CanIntoSpace na finale konkursu CanSat na Lotnisku Cywilnym Stalowa Wola-Turbia

Ola Derda jest “twarzą” tegorocznej edycji konkursu CanSat. To jej zdjęcie zdobi jeden z plakatów, które go reklamują. I nie bez powodu: jej team CanIntoSpace zajął w zeszłym roku drugie miejsce w Polsce! W tym roku organizatorzy z ESERO Polska chcieli przyciągnąć więcej dziewczyn, dlatego na materiałach promocyjnych pojawiła się między innymi Ola.

Ma 18 lat i chodzi do III LO w Zielonej Górze, uczy się w klasie matematyczno-fizycznej. Przyznaje, że do wspólnej pracy nad satelitą wielkości puszki z napojem (stąd nazwa) wciągnęli ją koledzy i brat: – Sama chyba nie miałabym odwagi, ale oni dali mi kopa do działania. Patrząc na nich, byłam tym coraz bardziej zafascynowana. Chciałam się do nich przyłączyć.  – mówi. Na pewno miała zapał i odpowiednie zainteresowania: zawsze lubiła programy naukowe o kosmosie i była dobra w naukach ścisłych. Choć organizatorzy podkreślają, że to konkurs dla każdego, bo satelitę trzeba nie tylko zbudować i zaprogramować do wykonania misji w przestworzach. Członkowie teamu muszą też sami wypromować projekt i zdobyć na niego pieniądze, do czego z kolei przydają się kreatywność i zdolności menedżerskie.

Opiekunem CanIntoSpace był nauczyciel Waldemar Grabowski, którego Ola nie może się nachwalić: – Zachęcił uczniów z naszej szkoły już do niejednego konkursu. Gdyby nie on, moglibyśmy nawet nie dowiedzieć się o CanSacie. W teamie miał rolę wspierającą: motywował, rozwiązywał konflikty. W sprawach merytorycznych dał wolną rękę uczniom.  

Plakat promujący IV edycję konkursu ze zdjęciem Oli Derdy

A ci, choć nawet biegli z fizyki, musieli poradzić sobie z problemami, z którymi nigdy wcześniej nie mieli do czynienia w szkole. Jednym z nich było zaprojektowanie i wykonanie spadochronu, za co odpowiadała właśnie Ola. Zaczęła od przyswojenia potężnej dawki teorii, a potem… – Musiałam dokładnie przeliczyć wymiary spadochronu. Każdy jego typ ma inny współczynnik, którego trzeba użyć w obliczeniach. A dla tego typu spadochronu, który my chcieliśmy wykorzystać, wartość tego współczynnika była różna w różnych źródłach! Musieliśmy sprawdzić w rzeczywistości, co zadziała, czyli pozwoli naszemu satelicie zmieścić się w limicie prędkości opadania, narzuconym przez organizatorów. Dlatego prototypów było wiele i każdy był wielokrotnie testowany. Każdy trzeba było uszyć z nylonu. Z wyborem materiału nie było problemu: tu członkom CanIntoSpace przydały się doświadczenia kolegów z teamu DedalSat, którzy brali udział w konkursie rok wcześniej, i właśnie nylon sprawdził im się najlepiej. Więcej kombinowania było z kształtem spadochronu: – Testowaliśmy płaski i o czaszy w kształcie półkuli. Dla prędkości, z jaką satelita miał opadać, znaczenie miał też rozmiar otworu w środku. Tu, na szczęście, wskazówkę znaleźliśmy w materiałach, które dostaliśmy od organizatorów.

Satelita CanIntoSpace od środka

Te materiały to tylko jedna z pomocy. Team otrzymuje też płytkę z elektroniką, która jest “sercem” satelity. Jednak jego konstrukcja i działanie zależą od inwencji samych uczniów. Pewnym ograniczeniem są miniaturowe rozmiary: – W pewnym momencie mieliśmy tyle kabli, że nie wiedzieliśmy, czy zmieszczą się w tej puszce! Na szczęście, wszystko działało tak, jak miało, więc chociaż wiedzieliśmy, że idziemy we właściwym kierunku. – śmieje się Ola. Organizatorzy pomagają też uczestnikom wejść w odpowiedni rytm pracy. Członkowie teamu mają w wyznaczonych terminach sporządzić trzy raporty o swoich postępach. W każdym z nich muszą się znaleźć z góry określone informacje: – Musieliśmy stać się mistrzami logistyki, bo wszyscy dojeżdżamy do szkoły, co zajmuje nam około godziny, dwóch dziennie, a pracy nad CanSatem poświęcaliśmy każdą wolną chwilę. Często, gdy zbliżał się termin raportowania, siedzieliśmy do późna w nocy. – wspomina Ola. Zdarzały się spadki motywacji: – Były takie momenty, tym bardziej, że byliśmy z różnych szkół, nie znaliśmy się i na samym początku wspólnej pracy musieliśmy się “dotrzeć”. Potrafiliśmy się ostro pokłócić, ale ratowało nas to, że mieliśmy wspólny cel. Wiedzieliśmy, co chcemy osiągnąć, i to nas z czasem do siebie zbliżyło. Pod koniec byliśmy już bardzo zgranym zespołem. Ola nie czuła się źle jako jedyna dziewczyna w teamie, ale uważa, że odegrała w nim ważną rolę także w sensie psychologicznym: – Wprowadzałam spokój. Bywałam nawet mediatorem między kolegami; wszyscy są indywidualistami i spięcia się zdarzały.

Zgrać pomogło im się również to, że przytrafiły im się, jak mówi Ola, “wszystkie możliwe sytuacje”: – Zdarzało się, że coś bardzo dokładnie wyliczyliśmy, i byliśmy pewni, że zadziała, a nie działało. Z drugiej strony, czasami testowaliśmy coś, co budziło nasze wątpliwości albo wręcz uważaliśmy, że “nie ma prawa się udać”, a się udawało. – opowiada Ola. Takie eksperymenty często były podyktowane właśnie miniaturowymi wymiarami satelity. Większość obliczeń i rozwiązań, jakie młodzi konstruktorzy znaleźli w literaturze czy sieci, była dostosowana do potrzeb zdecydowanie większych obiektów. Tu trzeba je było zastosować w mikroskali.

W teamie było pięć osób. Dominik Zaborniak był liderem i, razem z Olą, zajmował się analizą danych; Szymon Butkiewicz odpowiadał za elektronikę i oprogramowanie; Jakub Derda, brat Oli – również za elektronikę, ale też promocję zespołu, w czym pomagał mu Maksymilian Kozakowski, tłumacz angielskiego. Według Oli, wykonali kawał dobrej roboty: – Pojawiliśmy się w wielu lokalnych gazetach i rozgłośniach radiowych, a jeden z kolegów był nawet gościem “Pytania na śniadanie”, naszego złożonego już wówczas CanSata można było oglądać w studiu. Najważniejszym narzędziem promocji był jednak nasz fanpage na Facebooku. Na nim na bieżąco opisywaliśmy etapy pracy. Dziś mają 800 polubień. Ostatni post dotyczy, rzecz jasna, drugiego miejsca w krajowym etapie konkursu (zwycięzcy biorą później udział w rywalizacji na skalę europejską).

Ekipa CanIntoSpace na finale konkursu CanSat na Lotnisku Cywilnym Stalowa Wola-Turbia

Jak Ola wspomina wielki finał na Lostnisku Cywilnym Stalowa Wola-Turbia? – Dla nas największym sukcesem było to, że wszystko nam zadziałało. Elektronika ma to do siebie, że lubi się psuć w kluczowych momentach. A u nas wszystko poszło tak, jak miało pójść! Najbardziej bali się o utratę łączności radiowej z wystrzelonym już satelitą – utrzymanie jej jak najdłużej było jednym z najważniejszych założeń konkursu: – Łączność mieliśmy przez niemal cały czas spadania CanSata, utraciliśmy ją dopiero przy ziemi. To dlatego, że w miejscu, gdzie lądował, były wzniesienia i drzewa. Dzięki danym GPS, które otrzymaliśmy do stacji naziemnej, łatwiej było go potem odnaleźć.

Każdy CanSat ma wykonać określone zadania. Te obowiązkowe wymyślają organizatorzy, dodatkowe – sami uczestnicy. Satelita autorstwa CanIntoSpace miał, za pomocą sześciu barometrów zainstalowanych po bokach oraz w górnej i dolnej części, zmierzyć prędkość wiatru. – Chcieliśmy udowodnić, że taki pomiar będzie możliwy, i to się udało. – mówi Ola. – Chcieliśmy również, żeby nasz CanSat miał działający GPS, a to jest bardzo trudno zaprogramować. Muszę pochwalić kolegów, którym się to udało. Wymyślili sobie też szereg pobocznych misji. Niektóre dotyczyły dość podstawowych pomiarów, które uczyli się robić w szkole: gradientu temperatury czy siły wyporu. Nawet nie przedstawili wszystkich zdobytych zdanych w końcowej prezentacji, bo zabrakło na to czasu: – Mieliśmy jeszcze taki cel, który wyznaczyliśmy sobie sami: chcieliśmy zbudować jak najlepszego satelitę jak najtańszymi środkami. – przyznaje Ola. Jak “cięli koszty”? – Długo analizowaliśmy oferty sklepów z częściami elektronicznymi. Ich ceny bywają bardzo różne, czasami decyduje o nich tylko marka. Jak później sprawdzili, wykorzystali podobne elementy, jak konstruktorzy pełnowymiarowych satelitów, tyle że koszt ich projektu zamknął się w nieco ponad 150 euro (organizatorzy narzucili limit 500 euro).

Trasa CanSata zespołu CanIntoSpace na finale konkursu

Sponsorów uczestnicy mieli znaleźć sami. CanIntoSpace wsparło wiele lokalnych firm oraz samorząd województwa lubuskiego. Patronatem objęły ich trzy miasta: Zielona Góra, Nowa Sól i Otyń. Jeden z partnerów opłacił im koszulki z logo projektu, inny – podpowiedział, jak go promować, i ułatwił dostęp do mediów. Merytorycznie wspierało ich Planetarium Wenus w zielonogórskim Centrum Nauki Kapera. – Spotykaliśmy się z bardzo pozytywnym odbiorem. – cieszy się Ola. – To było niesamowicie motywujące! Choć z drugiej strony, często słyszeliśmy uwagi, że nastolatki są raczej leniwe i nie chce im się angażować w cokolwiek, a my jesteśmy inni, mamy zainteresowania, chcemy się rozwijać. Swojego CanSata promują do dziś: niedługo pokażą go na kosmicznym pikniku naukowym World Space Week we Wrocławiu.   

Ola uważa, że wiele się dzięki temu doświadczeniu nauczyła: – Poznałam od podszewki pracę nad własnym projektem: jak go zrobić, pozyskać na niego środki, wypromować go. Ola nie ma jeszcze sprecyzowanych planów na przyszłość. Wie jednak, że raczej nie wybierze kierunku technicznego, bo bardziej interesują ją biznes i ekonomia. Ale… – Gdyby udało się to połączyć z technologiami kosmicznymi, to bardzo chętnie w to wejdę!  

 

Komentarze

Karolina Wasielewska

Pracuję w radiu i od czasu do czasu w prasie. Lubię: jesień, książki Lema, sporty przeróżne, koty, niespieszne pichcenie w wolne dni, czerwone wino, wesołe miasteczka, historie o superbohaterach, czasami Beastie Boys, a czasami Dianę Krall. Nie lubię: upałów, agresji, gotowania w pośpiechu i wielu innych rzeczy, których nie lubię, więc nie chcę nawet o nich pisać.